I
Nad lawendowymi wzgórzami unosił się słodko-mdły zapach kwiatów. W ciszy
przypominającej mowę nagrobków dało się usłyszeć pojedyncze głosy. Szeptały coś
pomiędzy sobą, ale milkły zawsze wtedy, gdy do miasta zbliżał się jakiś podróżny.
Przypominały wścibskie sąsiadki bezczelnie obgadujące wszystkich dookoła i nabierające
wody w
usta wraz z pojawieniem się na horyzoncie przedmiotu plotek.
Nazwa wzgórz jak i miasteczka wzięła się od otaczających je zewsząd kwiatów. Rozkwitały
na wiosnę i barwiły okolicę na intensywny, fioletowy kolor. Do samego miasteczka można
było dotrzeć od wsch
odu z Saffron, przez góry wyruszając z Vermilion, lub drogą morską.
Jednak w rzeczywistości przez większą część roku, trasy do Lavender były niedostępne.
Jakieś dwa lata temu w Kamiennym Tunelu doszło do nieszczęśliwego wypadku
-
zginął
młody chłopak
–
osunął się kawałek skały i zmiażdżył mu głowę. Wtedy jakiś biurokrata
wydał zakaz wstępu do jaskiń (jakby miało to zwrócić życie tamtemu dziecku) i z czystym
sumieniem przeszedł do innych, urzędniczych obowiązków. Droga numer osiem z Saffron do
Fuchsia była niemal nieprzejezdna, a na pieszą wycieczkę mało kto sobie pozwalał. Szkoda,
że tym razem biurokraci nie pomyśleli o jakiejś renowacji. Do Fuchsia jak i Saffron
prowadziły inne drogi, a kto by się przejmował Lavender? Pozostawała jeszcze przeprawa
przez wod
ę. Niestety miasto nie posiadało portu, a więc jedynym sposobem dopłynięcia do
jego brzegu był pokemon, ale tylko wtedy, gdy nie było burz, czyli w okresie wiosennym. Na
przestrzeni ostatnich dziesięciu lat pogoda w Kanto bardzo się zmieniła, utrudniając t
ym
samym życie wielu trenerom. Pogoda nie sprzyjała podróżom na pokemonach, a miejsca takie
jak Lavender odczuwały to najmocniej. Miasteczko nie miało areny lidera, a więc i powodu,
aby było odwiedzane przez trenerów. Jedynymi przybyszami byli ludzie, którzy nie mieli
wyboru; odwiedzali krewnych lub stary cmentarz znajdujący się na wzgórzu.
Będąc szóstą godzinę w trasie czuła jak biała bluzka przesiąknięta potem klei się do pleców.
Autobus zatrzymał się na ostatnim przystanku, z którego zawracał z powrotem
do centrum
miasta. Tu wysiedli. Tuż przed nimi znajdowała się droga prowadząca do Lavender. Chociaż
słowo droga wydawało się Terri niewłaściwym określeniem. Kończył się chodnik, a
zaczynała zaniedbana ścieżka pełna kałuż, wyboi i chwastów wychodzących z pobocza.
-
Moja babka mawiała, że opuszczając Lavender niewolno spoglądać za siebie.
-
Twoja rodzina pochodzi z tych okolic, prawda? Masz tu jakichś krewnych?
Kyle wzruszył ramionami.
-
Niby tak, ale nie utrzymujemy z nimi kontaktu.
-
Dlaczego?
-
Babcia w
młodości była niezłą żyletą
-
stwierdził:
-
podobno ukradła chłopaka siostrze.
Pogniewały się o to na śmierć i życie.
-
To okrutne
-
stwierdziła Terri, a potem oboje się zaśmiali.
O Lavender pierwszy raz usłyszała na lekcji historii. W okresie wojen o Kalos miasteczko
posiadało port służący do przepraw międzyregionalnych. Po wojnie Lavender nie potrafiło
odżyć i pozostało jedynie wspomnieniem dobrze prosperującego miasta portowego. Pod
krótką notatką w podręczniku szkolnym umieszczono ilustrację miasteczka
przedstawiającą
widziane z oddali brzydkie, spadziste dachy domów tonące we mgle. Nawet fotografia
zdawała się zniechęcać do wizyty tam, bo co lepszego może czekać podróżnych poza
brzydkimi, spadzistymi dachami? Wtedy obiecała sobie wbrew wszystkiemu zawędrować do
Lavender i na przekór całemu światu oświadczyć, że jej się tam podoba. Chociaż Terri często
zapominała o obietnicy złożonej miasteczku to w końcu zawsze powracała do niego myślami.
W zeszłym roku, dla przykładu, poznała bajkę o pięknej księżniczce, która z tęsknoty za
ukochanym skoczyła ze skarpy w pobliżu Lavender. Ukończywszy szkołę postanowiła dłużej
nie zwlekać i wyruszyć na kilkudniową wycieczkę do miejsca, które fascynowało ją od tak
dawna. Wreszcie podążała na spotkanie z przeznaczeniem.
II
Czasami miewała złudne wrażenie, że od śmierci Lostelle minęło zaledwie kilka dni, a nie
szesnaście miesięcy. To był najtrudniejszy okres w jej życiu. Dokładnie pamiętała każdy
dzień poszukiwań dziewczynki.
Ośmiolatka z Archipelagu Wysp Sevii zaginęła
szóstego
kwietnia zeszłego roku. Wyszła do szkoły i już nikt więcej jej nie widział. Do poszukiwań
zaangażowano wtedy całą policję Kanto. Pod dowództwem Jenny przeczesywano kolejne
wyspy archipelagu. Dziesiątego kwietnia ze względu na złe warunki atmosferyczne
postanowiła zawiesić poszukiwania dziecka na dobę. Jedna doba. Jedna decyzja. Jeden błąd.
rozpogodzeniu zaczęto przeszukiwać las na sztucznej wysepce należącej do wyspy Kin.
Dwie godziny później odnaleziono kryjówkę porywacza oraz ciało małej Lost
elle. Sekcja
zwłok wykazała zatrucie silnymi toksynami z grzybów Parasecta. Morderca czując na plecach
oddech policji postanowił pozbyć się wszelakich dowodów, a w tym dziewczynki. Policja
spóźniła się kilkanaście minut. Trucizna działała szybko.
Kilka dni
później Jenny złapała sprawcę.
Prasa długo rozpisywała się o policjantce, która aresztowała seryjnego mordercę. Lostelle
przeszła do historii jako jego ostatnia ofiara. Jenny przybyła na pogrzeb dziewczynki jako
bohaterka. Wszyscy jej gratulowali i dziękowali, a ona najzwyklej w świecie przyjmowała
dziękczynne peany.
I wtedy usłyszała słowa matki:
-
To ty ją zabiłaś! Gdybyście nie byli tacy opieszali ona byłaby tutaj! Moje dziecko!
Dlaczego wszyscy inni widzieli w niej bohaterkę skoro nią nie była? Wspomnienie o Lostelle
zawsze będzie wspomnieniem o Lostelle.
III
Worek z symbolem pocztowego Pidgeya leżał w progu blokując drzwi na zaplecze. Jenny
przystanęła spoglądając na niego. Po chwili z pomieszczenia wyłonił się Wilbur Fuji z tacką i
trzema filiżankami. Ustawił je na małym stoliku pomiędzy Jenny, a czajnikiem
elektrycznym.
-
Ładna pogoda
–
zagaił.
-
Czy u pana kupię pocztówki?
-
przeszła do rzeczy.
-
Owszem.
-
A na poczcie?
-
Nie mamy poczty
–
odparł zupełnie otwarcie, spoglądając na worek pocztowy:
-
listy trafiają
do hotelu, a stąd zawożę je do urzędu w Saffron w każdy poniedziałek, środę i czwartek.
List musiał zostać wysłany zaraz po przyjeździe. Ostatni raz z rodziną kontaktowała się we
wtorek. Wtedy dzwoniła, że wracają. Ciekawe, czy zapamięta
ł ją?
-
Dużo poczty przychodzi do pana?
Fuji uśmiechnął się przebiegle. Podniósł czajnik z zagotowaną wodą i zalał wrzątkiem dwie
filiżanki. Trzecią zostawił. Seymour jeszcze spał. Ludzie z natury nie lubią zimnej kawy i
młody towarzysz policjantki z pewno
ścią nie stanowił w tej kwestii wyjątku. Do dłuższej
rozmowy należało się napić kawy. Podał filiżankę Jenny.
-
Mój ojciec tak robił
-
stwierdził z rozbawieniem.
-
Co takiego?
-
spytała zakłopotana.
-
Miał to poczucie, że nawet najzwyklejsze pytanie powinna
poprzedzać jakaś głębsza myśl
-
wziął łyk kawy i kontynuował:
-
układał kolorowe przemówienia, na przykład, kiedy źle się
sprawowałem w szkole opowiadał mi o wędkarstwie, aby na końcu porównać mnie do ryby
miotającej się na żyłce i w ten sposób przestrzec
mnie przed wagarowaniem. Słuchając tych
wywodów męczyłem się strasznie i chociaż teraz robię dokładnie to, co on, proszę mi
wierzyć, lubię konkrety. Za stary jestem na cyganienie. Skoro jest pani policjantką lub
detektywem to proszę pytać bez podchodów, chętnie odpowiem.
-
Chciałam być miła
-
ukorzyła się zaskoczona postawą hotelarza.
-
W porządku
-
uśmiechnął się
-
możemy porozmawiać o niczym, ale szanuję też pani czas.
Dłużej nie musiał jej przekonywać. Sięgnęła po fotografię do kieszeni. Z pokazaniem
pocztówki chwilowo wstrzymała się.
-
Dwoje nastolatków.
Widok pary ze zdjęcia wywołał żywiołową reakcję Fuji'ego.
-
Zameldowali się w poniedziałek.
-
Mieszkali w hotelu?
-
tym razem reakcja Jenny była nieco nad wyraz.
-
Nie... Chłopak mówił o biwaku
-
zaczął
wyjaśniać nieco spokojnej:
-
Chcieli na ten czas
zostawić w pokoju niepotrzebne szpargały.
Jenny pokiwała głową.
-
I zostawili? Co potem?
-
Potem...
-
zakłopotał się.
-
Wynajęli pokój na cztery dni. W czwartek z samego rana przyszła
dziewczyna. Zabrała walizki i tyle ją widziałem.
-
A Kyle?
-
Nie... Była sama.
-
Możliwe, że czekał przed motelem?
Fuji zawahał się.
-
Może to nic takiego, ale ona była jakaś inna
-
zmienił ostrożnie temat.
-
Gdy pojawili się u
mnie po raz pierwszy, ta mała, była bardzo wesoła
i rozgadana, a gdy wróciła po rzeczy
prawie nie mówiła. Poza tym utykała na lewą nogę.
-
I co dalej?
-
Spytałem, czy potrzebuje pomocy, ale powiedziała, że nie. Tyle.
Jenny układała kolejną teorię. Na razie wolała nie rozmyślać o nastrojach Kyle'a i Terri
oraz o
kontuzji nogi. Mogli mieć wypadek, a Terri pod wpływem szoku wróciła do motelu po
rzeczy, ale co dalej? Należało jak najszybciej rozpocząć poszukiwania. Biznesowe
przepychanki to jedno, ale dwójka dzieciaków potrzebująca pomocy to zupełnie inna sprawa.
-
W Lavender od zawsze znikali młodzi ludzie
-
wycedził przez zęby Fuji:
-
to klątwa tego
miasteczka.
-
Co ma pan na myśli?
-
spytał Seymour od dłuższej chwili przysłuchujący się rozmowie z
boku.
Wilbur odbił od blatu recepcji po trzecią filiżankę.
-
Jakiś rok temu do Lavender przybył młody trener pokemonów
-
mówił, podając kawę
chłopakowi
-
był zainteresowany nawiedzoną wieżą.
-
Chodzi o ten budynek, który widać z mojego okna?
-
wtrąciła Jenny.
-
Widać go z każdego miejsca. To jakaś diabelska sztuczka
-
dodał niechętnie hotelarz.
-
Nieważne, w którą stronę patrzysz widok na wieżę masz zawsze przed sobą.
-
I co z tym trenerem?
-
ponaglił go zniecierpliwiony Seymour.
-
Wszedł do środka
-
głos Fuji'ego falował.
Staruszek wyraźnie usiłował zapanować nad
ner
wami.
-
Tamtej nocy z wnętrza wieży dobywały się przeraźliwe, nieludzkie wrzaski. Rano
ludzie zauważyli, że zamknięte od lat drzwi są otwarte na oścież. W końcu postanowiono, że
dla bezpieczeństwa zamknie się je na kłódkę.
-
Może to był pokemon?
-
zasugerowała Jenny.
-
To nie brzmiało jak coś pochodzącego z naszego świata.
-
A co z chłopakiem?
-
Seymour ponowił pytanie.
Fuji głęboko westchnął.
-
Więcej go nie widzieliśmy w tych stronach.
-
Nikt nie zgłosił jego zaginięcia na policję?
-
dla Jenny najbardziej
niewiarygodnym
elementem historii był brak udziału służb.
-
To był przyjezdny
-
odparł usprawiedliwiająco hotelarz.
-
Trenerzy opuszczają miasta za
nim ktokolwiek zauważy, że w ogóle w nich się pojawili.
-
A inni? Powiedział pan, że od zawsze znikali tu m
łodzi ludzie
-
naciskał Seymour,
widocznie nie zauważając jak ciężko przychodzi o tym opowiadać ich gospodarzowi.
Fuji zamieszał w filiżance.
-
Kilka lat temu zaginęli chuligani, a jeszcze przed nimi facet, który chciał przerobić wieżę na
hotel. Wszystkim
zaginięciom towarzyszyły te okropne hałasy. Kilka dni temu...
-
teraz
zawahał się:
-
to coś znowu się odzywało.
-
Czemu właściwie służy wieża?
-
Tego nikt nie wie. Była tu od zawsze i będzie dopóki nie rozpadnie się ze starości. Najlepiej
byłoby ją
zburzyć, ale ludzie obawiają się, że to coś co mieszka w jej wnętrzu będzie wtedy
szukało nowego domostwa.
Jenny i Seymour wymienili się spojrzeniami, a pan Fuji mówił dalej:
-
Jeśli te dzieciaki weszły do wieży to z pewnością potrzebują pomocy.
IV
Jeśli w życiu istniała jedna idealna chwila to właśnie ją przeżywała, starając się nie uronić ani
jednej cennej sekundy. Był chłodny poranek. Stalowo
-
niebieskie chmury powoli płynęły po
niebie mijając blade słońce. Obok niej leżał Kyle. Jego spokojny, rytmiczny oddech uspokajał
ją. W tle miała widok na panoramę Lavender. Znad jednakowych dachów domów, które
pokochała przed laty dzięki ilustracji w podręczniku górowała wysoka wieża z iglicą. W
jednej chwili zapragnęła odwiedzić wieżę.
V
Kyle ruszył wzdłuż
metalowego ogrodzenia. Od wschodniej strony brakowało kilku prętów w
ogrodzeniu. Chłopak bez trudu przecisnął się przez ubytek, a następnie zawołał dziewczynę.
Po chwili oboje stali po drugiej stronie. Terri rozejrzała się po placyku. W wysokiej trawie
kryły się nagrobki. Naliczyła trzynaście grobów i trzy kupki kamieni, które mogły być
niegdyś grobami. Sama budowla miała podstawę prostokąta. Na dłuższych ścianach
znajdowały się po cztery małe okna osadzone w ciężkich murach. Od podstawy wychodził
długi komin kończący się iglicą. Do środka wiodły ogromne dwuskrzydłowe drzwi, na
których wisiał łańcuch z kłódką. Górny zawias od lewego skrzydła był luźny. Natomiast
prawe skrzydło pod wpływem wilgoci deformowało się do zewnątrz.
Terri obeszła budowlę. Okna na wschodniej ścianie były powybijane. Ostatnie było wyrwane
z ramy, a wokół niego ktoś prowizorycznie ustawił cegły łatające wyrwę w ścianie.
Odsunąwszy kilka cegieł dostała się do środka. Zaraz za nią wszedł nieco niezdarnie Kyle.
W nieprzeniknionej ciemności
czuli fetor zgnilizny.
-
Strasznie capi
-
wyszeptała.
Mimo że byli sami wolała zachowywać się cicho. Wykiełkowała w niej obawa, że ktoś może
ich usłyszeć, jakiś ochroniarz, policjant albo co gorsza właściciel terenu. Zwymyśla ich, a na
końcu wyrzuci. Obaw
a jakkolwiek wydała jej się nieuzasadniona. Mieszkańcy Lavender
proszeni o wskazanie jakichś zabytków zwyczajnie kiwali głowami strapieni, a na pytanie
odnośnie wieży stawali się zdenerwowani lub agresywni. Nikt nie miał dość odwagi, aby
wejść do środka i
wyrzucić ich.
Latarka nieznacznie oświetliła pomieszczenie. Nie było w nim nic nadzwyczajnego:
zniszczone meble, jakieś śmieci. W jednej chwili Terri zapragnęła zwiedzić wyższe piętra
budynku. Z niemal oszalałą ekscytacją wspięła się na kręcone schody pr
owadzące na górę.
Ściany pomieszczenia pokrywał grzyb oraz grafii. Wśród niecenzuralnych napisów i
paskudnych obrazków nader często pojawiała się czerwona litera "R". Na środku znajdowały
się długie, drewniane ławki, a gdzieś pomiędzy nimi leżała przewrócona na bok mównica.
Nagle usłyszała głuchy stukot oraz dławiący się warkot. Intuicyjnie spojrzała za siebie. Tuż
obok leżał Kyle. Terri poczuła jak na moment traci czucie w nogach upadając obok chłopca.
Jego dłonie drżały, a z wielkiej rany na głowie wyciekała krew.
Nad nim stał morderca.
Tytanicznych rozmiarów, umięśniony mężczyzna w masce zakrywającej większą część
twarzy. W dłoni ściskał długą kość, do której końca przytwierdzony był kamień. Prymitywny
młot dotknął twarzy Terri. Nieznajomy przymierzył się
do uderzenia i wziął zamach.
Dziewczyna intuicyjnie przesunęła się do tyłu. Młot znalazł się tuż obok nogi Terri. Obuch
utkwił w przegniłej podłodze dając jej kilka sekund na ucieczkę.
Wstała z ziemi i zrobiła kilka kroków, aby wpaść na ławkę przed sobą.
Przekoziołkowała się,
lądując tuż obok przewróconej mównicy. Jakieś dwa metry od niej znajdował się morderca.
Pomrukiwał nerwowo stąpając pomiędzy ławkami. Terri opanowała chęć wrzaśnięcia.
Przerażona przeczołgała się w stronę niewyraźnego konturu schodów
prowadzących na
wyższe piętro. Powoli zaczęła wchodzić na kolejne stopnie; wyżej i wyżej. Wtedy poczuła
ucisk łydki, a zaraz za nim rwący, tysiąc razy gorszy, ból. Trafił ją!
W szale i przerażeniu wspinała się na kolejne stopnie docierając na drugie piętro. Odgłosy
wydawane przez potwora cichły. Oddalał się. Zebrawszy siły spróbowała stanąć na nogach,
ale okropny ból uderzył ze zdwojoną siłą. Skóra wokół rany siniała, a całość wyglądała
koszmarnie. Chociaż chciała płakać, krzyczeć, wołać o pomoc, nie zrobiła tego w obawie
przed monstrum, które zabiło Kyle'a. Wydała z siebie jedynie cichy drżący jęk.
-
Nie bój się
-
usłyszała słowa otuchy.
Dopiero teraz rozejrzała się po pomieszczeniu. Pokój był w zasadzie pusty. Jedynie na jego
środku stało łóżko, na którym siedziała kilkuletnia dziewczynka.
-
Co... co tu robisz?
-
wyszeptała.
-
On tutaj nie przyjdzie
-
odparła najzwyklej w świecie.
-
Mamusia mu nie pozwala.
-
Kim... jesteś?
-
spytała, czołgając się w jej stronę.
Dziewczynka pomogła jej usiąść na łóżku.
-
Mam na imię Amber, a ty?
VI
-
To nie jest dobry pomysł
-
oznajmił Seymour.
Jenny nic nie odpowiedziała. Od przyjazdu miała wrażenie, że wieża woła ją do siebie. Nie
była to żadna optyczna sztuczka jak tłumaczył to sobie Seymour, czy działanie złych
sił, w
które wierzył pan Fuji. Nawiedzona wieża była samotna, a jedynym lekarstwem na jej
odosobnienie była Jenny.
-
Terri i Kyle mogą być w środku i potrzebować pomocy
-
odparła stanowczo.
-
Nadal uważam to za zły pomysł
-
jego sprzeciw był pozbawiony siły.
-
Może powinniśmy
wrócić z policją albo jakimś zarządcą?
- Nie ma na to czasu
-
ucięła, szarpiąc łańcuch na drzwiach.
Seymour nie odpowiedział już nic. W duchu chciał, aby tam weszła i wszelakie sprzeciwy
wygłaszał wyłącznie z przyzwoitości. Nie cierpiał siebie za tchórzliwą postawę, ale nie
pozostało mu nic innego. Na prośbę pana Hamma dotarł do Lavender, usiłuje współpracować
z policjantką, a teraz jest pod wieżą, w której wnętrzu, być może, byli Terri i Kyle.
-
Wierzysz w intuicję?
-
spytała Jenny.
-
Wierzysz, że należy za nią podążać nawet ślepo?
-
Nie wiem
-
odparł cicho.
Zawstydzony nie spoglądał już na twarz policjantki, ale na nagrobek znajdujący się przy samej
ścianie budynku. Odczytał imię Gwendolyn lub Gwendolen.
Jenny otworzyła lewe skrzydło.
Drzwi na jednym zawiasie odgięły się mocno i opadły na
ścianę. Do wnętrza wieży wpadły pierwsze od wielu lat promienie słońca odsłaniając jej
sekrety.
Parter do złudzenia przypominał małą izdebkę jakiegoś zrujnowanego domu. Pod ścianą
ustawiono meble; kredens, stół oraz połamane krzesła i przegniły fotel. Dalej stały zwinięte
dywany oraz obraz przedstawiające kwiaty. W powietrzu unosił się zapach zgnilizny. Jenny
poczuła ogromne rozczarowanie. Z zewnątrz wieża przypominała majestatyczną budowlę
religijną,
a w rzeczywistości była mieszkaniem.
-
Kyle! Terri!
Z murów odpowiedział jej dźwięczny głos w rytm melodii:
Za
kim
tak
płaczesz,
młoda
dziewczyno?
Nad
czyim
grobem
rozpaczasz?
Piosenka ucichła tuż za plecami Jenny. Kobieta obejrzała się za siebie.
Obok porzuconych
mebli stała starsza kobieta i nuciła melodię.
-
Co pani tu robi?
-
spytała odruchowo policjantka.
-
Widziałaś moje córeczki? Piękne są.
-
Kim pani jest?
-
Dlaczego tak boisz się, Lostelle?
Jenny zamarła na chwilę. Zapanowała ciemność.